Wpis o Borderlands 2

Wczoraj stuknęła nam z Tomkiem Sokolukiem platyna w Borderlands 2 i w związku z tym postanowiłem poświęcić tej grze wielgachny wpis na blogu. Zapraszam do lektury.

Bardzo lubię grać w co-opowe tytuły. Zasadniczo, jeżeli jakiś tytuł da się przejść na split screenie lub choć w kooperacji przez sieć, to wolę z nim nawet poczekać, niż przechodzić go samemu. Borderlands jest wyjątkowym tytułem w tej kategorii a to z tego powodu, że jest grą wielką. Już przejście jedynki zajęło mi i Mateuszowi Roczonowi jakieś pięć, może sześć spotkań. Graliśmy na podzielnym ekranie, całą kampanię, od początku do końca – a zatem pewnie jakieś 20, może trzydzieści godzin. To już wtedy był olbrzymi tytuł (dla porównania jedynkę Army of Two łyknęliśmy za jednym posiedzeniem w 12 godzin).

Jedynka Borderów miała jednak to do siebie, że najlepsze w niej były DLC. Myślę głównie o The Secret Armoury of General Knoxx oraz o The Zombie Island of Dr. Zed (to przeszedłem już z Tomkiem Sokolukiem). Oba miały genialny klimat i wspomniam je niemalże z rozrzewnieniem. DLC z Moxxi oraz z Claptrapem także miałem – kupiłem je składkowo w PS Store za grosze – ale to pierwsze mnie nie porwało, a przed grą w to drugie skaszaniłem sobie save’a grają po sieci (to było bardzo proste w BL1) i potem już mi się nie chciało. Tak czy owak klimatyczne DLC Zeda i z lekka obłąkane DLC Knoxxa były wybitne i dawały przedsmak tego, co dostaliśmy w dwójce. Dwójka bowiem jest niemal w całości tak dobra jak te DLC.

Gdy piszę te słowa na liczniku z Borderlands 2 mam jakieś 130 godzin. Z tego osiem Axtonem (na split screenie z Matim), a resztę Mayą (przez sieć z Tomkiem). W jedynkę też grałem syreną (Lilith), a w dwójkę pierwotnie planowałem grać komandosem, ale dobrnąłem nim tylko do 16go levelu i dalej od nowa grałem syreną. Wliczam w to kampanię zrobioną na sto procent oraz trzy DLC zagrane na w True Vault Hunter Mode. W zasadzie jeżeli nie liczyć gier multi (CoD: Modern Warfare 2 oraz Battlefielda 3) to w żadną grę nie grałęm tak długo. Borderlands to dla mnie tytuł wyjątkowy.

Poniżej standardowo plusy i minusy. Zacznijmy od tych pierwszych:

+ kampania
Kampania w jedynce była taka sobie. Zakończenie było tak skopane, że musiałem doczytać na wikii co się właściwie stało. Kampania w dwójce jest o niebo lepsza. Choć może nie poleciłbym jej do grania w trybie dal pojedyńczego gracza, to jest odpowiednio wciągająca, są odwołania do poprzedniej części, wracają bohaterowie, których znaliśmy i lubiliśmy, no i wreszcie jest odpowiedzni preciwnik! Handsome Jack jest gwiazdą i wypada prześwietnie. Jedyne, czego żałowałem to to, że BL2 nie jest po polsku. W ferworze walk często nie ma czasu na to, by skupić się na gadkach, jakie NPCe nadają do nas przez komunikator, a szkoda, bo większość jest świetnie napisana.

+ humor
Borderlansy już w jedynce były brechciarską grą. W dwójce gagów jest więcej i są lepsze. Pierwsze skrzypce gra tu oczywiście Handsome Jack, swoje dorzuca niezawodny Claptrap oraz Marcus albo Scooter, a także wszechobecne maszyny sprzedajce towary. Reszcie też zdarzy się od czasu do czasu coś zabawnego (w tym absolutnie zryte klimaty np. Tiny Tina). Do tego kilka niezłych opisów misji albo nazw broni. Gęba się cieszy od tej gry.

+ miejscówki
Jedynka była dość monotonną grą – Pandora to pustynna planeta i jakiegoś specjalnego urozmaicenia nie było. W dwójce obiecali to zmienić i słowa dotrzymali. Mamy lodowce, podziemia, miasta, bezdroża, etc. etc. etc. Co więcej – miejscówki są zaprojektowane mistrzowsko i sama chęć zobaczenia tego, co projektanci przygotowali dalej jest wystarczającą motywacją do gry. Z Tomkiem co chwilę rzucaliśmy tylko – „wow, widziałęś to?”. Absolutna ekstraklasa.

+ muzyka
Rzadko zwracam na nią uwagę w grach, ale w drugich borderach jest naprawdę fajna. Lokcje mają swoje motywy przewodnie. Wpadają one w ucho i robią niebanalny klimat. Rewelka.

+ rozwój postaci
Każda postać ma trzy ścieżki rozwoju – mocy jest dość, by można było robić rozmaite kombinacje a przynajmniej każda postać ma ze dwie/trzy fajne. Ja grałem Mayą głównie na regenerację życia, ale Tomek np. zmieniał sobie w zależności od potrzeb między walką wręcz a snajpowaniem (grał Zerem). Ponowne przydzielenie punktów za kilka dularów to genialny pomysł.

+ szlif
Praktycznie każdą rzecz z jedynki udało im się poprawić. Wymianę między postaciami, rozwój, nawet moce (phaselock syreny z dwójki jest o niebo lepszy niż phaseshift syreny z jedynki, bo jest elementem zabawy drużynowej). Borderlands to też gra, w którą gra się przyjemnie i nie denerwuje się, że coś tam akurat źle działa, co np. w Battlefieldzie 3 jest nagminne (chromolony nóż…). Spuszczam tutaj zasłonę milczenia na kwestię doczytywania się tekstur – wszystkie gry na Unreal Engine mają z tym problem. Procz Gearsów.

+ długość
Randy Pitchford z Gearbox Software przed premierą mówił, że chcieliby, by BL2 stały się swego rodzaju sposobem na spędzanie wolnego czasu. No i to im się udało (i chyba tylko to, patrząc na Duke’a czy Marinesów). Od premiery we wrześniu do dziś (i dalej, bo jedno DLC nadal przed nami) grywaliśmy w tę grę niemal co tydzień. Zresztą liczyby mowią same za siebie – 130h to tyle, co w pozostałe gry co opowie grałem w sumie…

+ zakoczenie
Może nie było jakoś specjalnie spektakularne, ale podobało mi się, zwłaszcza w kontraście do jedynki. No i potencjał na kolejne części, jakie pokazało, był niewąski :-)

OK, plusy plusami, ale rozchodzi się o to… sami wiecie. Czas na mieszane uczucia i minusy:

# bronie
Borderlandsy to bronie. W przeciągu tych 130 godzin przez ręce moich postaci przewinęło się ich kilkaset. Podział na producentów udał się – pamiętam, że Maliwany dają efekty elementalne, Bandyciory mają gigantyczne magazynki a bronie Torque’a NAWALAJĄ WYBUCHAMI!!! Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie patent ze skrzyniami w Sanktuarium. Skrzynie otwiera się kluczami, które dostajemy głównie na fanpage’u Borderów na facebooku i to jest słabe. My pewnie z połowę gry biegaliśmy z tymi właśnie bońmi, co trochę odbiera frajdę z lootowania przeciwników. Z kolei na 50tym levelu skrzynie stają się niemal bezużyteczne, zwłaszcza w trybie TVHM. To był lipny pomysł.

# background postaci
W jedynce ten temat nie istniał. Brick by himself i styknie wprowadzania postaci. W dwójce niby to rozwinięto, ale tylko trochę – każda postać ma swój pamiętnik wyjaśniający jak trafiła na Pandorę, każda ma lokację, w której można się o niej dowiedzieć więcej, ale to nadal mało. Prawdziwymi bohaterami BL2 są nadal enpece.

# kustomizacja postaci i skórki dla pojazdów
Fajnie, że są i można je zmieniać. Szkoda, że różnorodność w 80% przypadków sprowadza się do innych kolorków ubranek czy tam pojazdów. Pojazdy są szczególnie słabo zrobione – 95% skinów jest szarobura i nie różni się niczym od siebie. Głowy postaci dają trochę więcej poszaleć, ale nadal nie ma tutaj jakiejś rewelacji.

# poziom trudności
Moim zdaniem ta gra powinna od razu umożliwiać granie w True Vault Hunter Mode. Na normalu często jest bardzo prosta, momentami wręcz zbyt prosta. Dlatego po przejściu kampanii przełączyliśmy się na TVHM do grania w DLC. I wtedy gra się przyjemnie, ale… no właśnie, na przykład w takim DLC Hammerlocka pojawiają się badass savages, którzy są absolutnie przegięci – jednym rzutem maczety zabierają całą tarczę, drugim całe życie. Bez jaj. Do trudności TVHM wrócimy jeszcze niżej.

# stacja orbitalna Hyperiona
To, że zrzucają z niej posiłki w postaci loaderów jest super. Ale to, że nie zostaławykorzystana w grze ani w DLC – no generalnie mega foch i co za zmarnowany potencjał. Chcieliśmy zobaczyć Pandorę z orbity, Gearbox!

– split screen
Piszę to z bólem serca – split screen w BL2 to dramat. Grafika w grze staje się dwa razy gorsza, tekstury wczytują się na potęgę. Da się grać, ale przyjemność nie ta. Szkoda.

– Jenkinsss!
Do zrobienia złotego trofeum za wszystkie challenge na poziomie 1 trzeba upolować midgeta loadera imieniem Jimmy Jenkins. Same challenge są super, ale ten jeden jest okropny! Jest to chwyt rodem z MMO i mnie osobiście żenuje. Jenkins pojawia się losowo i żeby go wyhaczyć trzebaby farmić godzinami. My skorzystaliśmy z chwytu z Wildlife Preservation Annexem – dzięki ci Internecie.

– brak battleloga
Moim zdaniem gra taka jak Borderlands 2 powinna mie system taki jak CoD Elite czy Battlelog. No bo po co godzinami grindujemy kolejne misje, jeżeli nie po to, by się pochwalić lootem i postacią? Jeżeli Gearbox naprawdę ambitnie podchodzi do tej franczyzy, a wszystko na to wskazuje, to muszą to wprowadzić w następnej części.

– wrogowie nie do pokonania
O ile wielgachny Terramorfus okazał się do załatwienia (na normalu), to pozostali wrogowie z serii Invincible mnie zirytowali. Na TVHM są po prostu nie do ruszenia (dla naszych 50ciu poziomowych postaci), absolutna masakra. Za to na Normalu (przeszliśmy na szybkości Badass Crater, żeby to sprawdzić) są beznadziejnie słabi (30sty level…). A trzeba ich pokonać, by dostać trofeum za wszystkie misje w danym dodatku. Oznaczałoby to dla nas, że musimy jeszcze raz, tyle że na normalu przejść wszystkie dodatki. A to jest lipa, bo na normalu w zetknięciu z naszymi brońmi wszyscy eksplodują…

I jeszcze krótko o DLC:
Najmniej podobała mi się Captain Scarlett, choć akurat sama postać jest spoko. Głównie ze względu na pierwsze misje i dziwaczną Oazę, potem było już zwyczajowo spoko. Nie podobają mi się też te idiotyczne kryształy seraphów, to znaczy nie podobałyby mi się, gdybyśmy jakieś zdobyli i próbowali coś za nie kupić (ceny są straszliwe, trzebaby tych niepokonanych tłuc dziesiątkami…).

Hammerlock to absolutnie superowe miejscówki i świetna rola Claptrapa. Może spodziewałem się więcej misji z łowami, a mniej z głównego wątku z Nakayamą, choć on akurat był zabawny. Wyżej wspomniałem już, że na TVHM wnerwiający byli badass savages, a póki nie odkryliśmy, że broń ogniowa ich kosi – także witch doctors. Nie zrobiliśmy też w końcu tej misji z rarowymi kriczerami, bo nam się nie chciało grindować.

Za to Mr. Torque to najlepsze DLC do dwójki. Przede wszystkim dzięki świetnemu Torque’owi – jego gadki są najlepsze w całej grze :-) Genialna jest też lokacja. Np. w Forge jest najlepsza muzyka w całej grze. No i wątek z Pistonem fajnie rozegrany – chce się dojść do końca dodatku. Na TVHM poziom trudności był idealny… jeżeli nie liczyć finałowej walki na arenie, która była beznadziejna. Ale oglólnie rewelka.

Nie zanosi się, żeby w temacie gier nastawionych na co-opa coś miało Borderom zagrozić. My pewnie jako następne pociśniemy Dead Island (już je kupiliśmy w jakiejś promocji), a z gier, które dopiero mają się ukazać potencjalnie warte śledzenia jest Destiny od Bungie (ale mało o nim wiadomo, no i Halo Reach mnie nie rzuciło na kolana). Trzymam też oczywiście kciuki za Bordery 3 na nowe konsole – może wreszcie ostre tekstury na porządku dziennym, co?

Reklamy
Otagowane , , ,

7 thoughts on “Wpis o Borderlands 2

  1. Tomek Sokoluk pisze:

    Ja do plusów dorzucam badass rank który podwyższamy wypełniając wyzwania, za co otrzymujemy wybrane przez nas bonusy. To coś na kształt połączenia rozwoju postaci z osiągnięciami. O ile trofea nie dają mi aż tak wielkiej satysfakcji (są jedynie ozdobą, taki growym orderem przy piersi), tak wypełnianie wyzwań badassa poza satysfakcją przekłada się na konkretne korzyści. Poza tym zachęca to do korzystania z różnych broni, a nie tylko z np ulubionej snajperki. No i widzimy nasz postęp w grze, ale nie w wykonywaniu misji jak ma to w przypadku klasycznych trofeów, ale pokazuje postęp rozwoju naszej postaci. I to lepiej niż pedeki, bo pokazuje postęp w każdej z działalności naszej postaci odrębnie, nawet ile zadaliśmy obrażeń od ognia, czy ilu rozjechaliśmy przeciwników. WIELKA szkoda że nie można zobaczyć badassowości kumpla z którym się gra, ale o tym już pisał Kadu a propo braku rozwiązań znanych z battlefielda i cod.

  2. Tomek Sokoluk pisze:

    Kolejny plus o którym w ferworze komentarza zapomniał Kadu to możliwość oglądania naszej broni z bliska, z dowolnie wbranej perspektywy. Poza różnorodnością działania broni mamy popis grafików i dizajnerów w kreowaniu wyglądu pukawek. Dodatkowo ich pomysłowość możemy docenić w trakcie wczytywania się lokacji, bo na ekranie loadingu za każdym razem pojawia się inna broń.

  3. Mintzy pisze:

    A wg. was do samego singla warto kupić?

  4. Tomek Sokoluk pisze:

    Bardzo dobrze działa dobór graczy przez sieć (przynajmniej na ps3) wieć możesz kupować :)

  5. kaduceusz pisze:

    Znam takich, co przeszli sami i dobrze się bawili, ale w pojedynkę to jest gra „w porządku” a przy większej liczbie graczy robi się kozak.

  6. punkt K pisze:

    […] z tej trzydziestki siedem miało kampanie co-opowe – najlepsze były oczywiście dodatki do Borderlands 2. Prócz tych siedmiu póbowałem pewnie jeszcze z 3 innych co-opowych gier (i kilku singli), ale […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

punkt K

growy blog kaduceusza

Leniwy Gracz

RPG blog

qendi.wordpress.com/

Kalejdoskop RPGowy Qendiego

SOS WekTa

słowa obrazy storytelling

Heavy Runs Light

Run Fast & Don't Think Limits

Graeme Davis

History - Mythology - Folklore - Fantasy - Games

Meblościanka pełna gier

Tak wiele gier, a tak mało czasu

krokodyl z oczami na szypułkach

gry fabularne, bitewniaki, wszystko inne

Laboratorium Fabularne

Blog eksperymentów erpegowych

Lisia nora

Zlewnio-odsiewnia pomysłów?

jedź, BAW SIĘ!

Trochę inny blog podróżniczy Brewy

Kłopoty w Breywick

Tarapaty i przypadki Krwiożerczych Pogromców Wrogów

iPad Notebook

iPad Tips, Thoughts & Apps by Justin S. Kahn www.kahnlawfirm.com

%d blogerów lubi to: