Metro: Last Light – recenzja

Jest sporo takich tytułów, w które gram, bo polecili mi je znajomi. Tak też było z Metro: Last Light. Dodatkowo widziałem gdzieś w sieci recenzję, w której upierano się, że jest to tytuł niedoceniony, który klimatem przebija przereklamowany Bioshock Infinite. No to załatwiłem sobie to Metro. A potem spieprzyłem sprawę z tą grą. Spieprzyłem i to potrójnie.

Przede wszystkim włączyłem ją tak, jak było to domyślnie ustawione – po angielsku, z polskimi napisami. Po zakończeniu gry chciałem napisać, że lepiej by było, gdyby dubbing był jednak rosyjski… po czym odkryłem go w menu głównym gry (w trakcie rozgrywki w opcjach się nie pojawia). Angielska wersja brzmi trochę głupkowato (pojedyncze postacie – spoko, np. Paweł), a rosyjska dodałaby +100% do klimatu. Niech mnie diabli.

Po drugie włączyłem sobie normalny poziom trudności. I powiem Wam – o ile w Maxie Paynie to się sprawdziło (no i opis był akuratny), to w Metro:LL – wcale i poziom wyzwania był przez 95% czasu mikry. Amunicji miałem dużo, raz jeden zdarzyło się, że nie kupiłem tego, co chciałem w sklepiku. No i nie musiałem się za bardzo skradać, a w bezpośrednich konfontacjach prawie zawsze wygrywałem. Przynajmniej czułość sterowania dałem na max…

Po trzecie pierwotnie miałem plan najpierw przejść wydane tylko na X360 (i PC) Metro 2033, a dopiero potem Last Light. Z tego planu zrezygnowałem, bo pożałowałem sobie tych czterech dych na 2033. W efekcie zaspoilerowałem sobie zakończenie 2033 i na początku Last Light nie znałem uniwersum, co sprawiło, że gorzej się w nim bawiłem, niż wtedy, gdybym je znał. A teraz, po przejściu Last Light, 2033 znów wróciło do grona tytułów, których przejście rozważam. Heh.

Ubolewam nad tymi faktami dlatego, że Metro: Last Light okazało się być dla mnie wielkim pozytywnym zaskoczeniem. Nie jest to może rewelacyjny tytuł, ale spodziewałem się czegoś z pogranicza crapa i tytułu dla fanów gatunku, tymczasem gra, gdyby była doszlifowana, mogłaby faktycznie stawać w szranki z tytułami takimi jak Bioshock. No ale po kolei:

– pierwsze rozdziały – kiedy teraz o tym myślę, to gra wydaje mi się dość równa pod względem poziomu. Niemniej jednak wrażenie to wrażenie – pierwsze kilka rozdziałów nie rzuciło mnie na kolana. Powoli wsiąkałem w świat postapokaliptycznego moskiewskiego metra pełnego przerysowanych frakcji i zmutowanych potworów. Właściwie to po kilku pierwszych rozdziałach chciałem rzucić tę grę w kąt, ale ja nie jestem taki i potem nie żałowałem.

++ klimat – obiecywano go i był. Maski gazowe na powierzchni, część huda w zegarku bohatera, miejscówki, potwory. Ponieważ nie spodziewałem się wiele, to w zasadzie co poziom gra podobała mi się bardziej. Są takie momenty (np. przeprawa przez bagna ku kościołowi), których nie powstydziła by się dowolna gra AAA. Dodatkowo w grze jest trochę mistycyzmu, co moim zdaniem jest super na miejscu i jakoś tak kojarzy mi się z Rosją (grę tworzyło ukraińskie studio, tak gwoli ścisłości).

Jak widać są mrugnięcia okiem do autora książkowego pierwowzoru.

+ kształt fabuły – moim zdaniem fabuła rozegrana zgrabnie, ale nie będę spoilował. Podobali mi się też coponiektórzy bohaterowie, choć np. taki Chan powinien mieć lepszy design.

+ miejscówki – są co prawda zazwyczaj niezbyt wielkie, ale za to wykreowane pieczołowicie. Nie chciałbym za wiele spoilować, ale przynajmniej co druga była pomyślana z jajem. Zajebiście podobała mi się np. przeprawa tratwą motorową przez zalane segmenty metra albo tunel wichrów. Fajne były też stacje, gdzie można trochę połazić, posłuchać tego, co mówią ludzie, raz nawet radośnie urżnąć się w trupa :-)

Ziomuś na tratwie motorowej – jeden z lepszych momentów gry :D

# grafika – była w miarę. Metro LL na mocarnym PC wygląda (ponoć) bosko, na PS3 do przyjęcia. Nadrabia klimatem, ale czasami zdarzy się miejsce, które straszy wyglądem jak z nie przymierzając CoDa 4. Ale raczej gra wygląda spoko, choć czuć w niej pewną siermiężność.

– siermiężność i bugi – no właśnie, jest trochę rzeczy, które są zrobione tak sobie. Fatalne są efekty dźwiękowe, muzyka słaba, animacje ruchów postaci ledwie do przyjęcia. Napotkałem też trochę bugów, z czego najbardziej wnerwił mnie taki, kiedy dźwięki przestały się poprawnie odtwarzać (wszystko trzeszczało jak cholera) i musiałem wyłączyć i włączyć grę, żeby znów zaskoczyły. Coś takiego (takie se wartości produkcyjne) separuje ten tytuł od innych gier z najwyższej półki.

– walki z bossami – były trochę schematyczne i nie jestem pewien czy faktycznie pasowały do całej reszty tej gry. Ale to mały minus.

– poziom trudności – moim zdaniem za prosta na normalu, już pisałem.

– niemy/mówiący bohater – jestem wielkim fanem gier, w których bohater gada. Nie zawsze wypada to super, ale jest moim zdaniem konieczne, żeby sceny w grze wypadały bardziej naturalnie. W Metro LL wygląda to bardzo dziwnie. Wewnątrz poziomów nasz bohater wcale nie mówi. Nie wydaje z siebie ani słowa i w grę gra się, jakby była robiona w zeszłym dziesięcioleciu. Nie, sorry, raz wydaje z siebie coś w stylu “Wow!” – ten wspaniały moment następuje po tym, jak zaciąga się marihuaną z bongosa w burdelu. WTF?! Natomiast między levelami, na ekranach wczytywania głos bohatera czyta coś na kształt swoich wspomnień. No to skoro bohater ma głos, to dlaczego nie mówi w trakcie gry?! Nie rozumiem, bez sensu.

– modele kobiet – okropne, np. ze sceny w burdelu robi się erotyka dla ubogich nerdów :P

+ trofea – wiele faktycznie za ciekawe osiągnięcia, trofeum za przejście gry bez niepotrzebnego zabijania ludzi itp.

– żeby zniszczyć czołg-pociąg wystarczy nawalać do niego ze snajperki w koła. WTF? Wnerwiają mnie takie sceny i finałowa potyczka jakoś mnie nie urzekła…

+ bronie – ale jak już jesteśmy przy nich to fajne, klimatyczne i nawet dość duży wybór.

Przykładowy gun i kolejna porcja metabeki. Dodatkowo widać pierwsze pęknięcia na masce przeciwgazowej.

# feeling strzelania – no, tak jak reszta technikaliów jakiegoś szału nie ma, więc moim zdaniem decyzja o porzuceniu multiplayera w tej grze była jak najbardziej uzasadniona – pewnie wyglądałby jak w Tomb Raiderze (przypomnijmy: gra – wybitna, multi – crap).

Ogólnie jest to tytuł, w który warto zagrać – ja dokupię sobie do niego to fabularne DLC z trzema dodatkowymi misjami singla, żeby choć trochę zagrać z rosyjskim dubbingiem. Fajnie, że Ukraińcy robią gry z wyczuwalnym własnym klimatem. Gdyby technikalia były lepsze byłaby to gra na A i zaskoczenie równie duże, co Starhawk, w zeszlym roku. A tak daję B.

Skala: A – rewelacja – B – z przyjemnością – C – ujdzie w tłoku – D – padaka.

Reklamy
Otagowane , ,

One thought on “Metro: Last Light – recenzja

  1. Piotr Wysocki pisze:

    Faktycznie głupio zrobiłeś, angielski dubbing w TEJ grze, uch, koszmar ;-) Sam grałem dopiero w pierwszą część (i pierwszą część książki przeczytałem). Fajna, mówię o grze, choć krótka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

punkt K

growy blog kaduceusza

Leniwy Gracz

RPG blog

qendi.wordpress.com/

Kalejdoskop RPGowy Qendiego

SOS WekTa

słowa obrazy storytelling

Heavy Runs Light

Run Fast & Don't Think Limits

Graeme Davis

History - Mythology - Folklore - Fantasy - Games

Meblościanka pełna gier

Tak wiele gier, a tak mało czasu

krokodyl z oczami na szypułkach

RPG, bitewniaki, wszystko inne

Laboratorium Fabularne

Blog eksperymentów erpegowych

Lisia nora

Zlewnio-odsiewnia pomysłów?

jedź, BAW SIĘ!

Trochę inny blog podróżniczy Brewy

Kłopoty w Breywick

Tarapaty i przypadki Krwiożerczych Pogromców Wrogów

iPad Notebook

iPad Tips, Thoughts & Apps by Justin S. Kahn www.kahnlawfirm.com

GameDev

Pomysły, efekty i wszystko, co wiąże się z moimi hobby.

%d blogerów lubi to: